Helena do typowych niejadków nie należy. Gdyby jednak na jej talerzu lądowało tylko to, co określa słowem „MNIAM”, to jej jadłospis ograniczony byłby do 3 – 4 produktów, a moją lodówkę wypełniałyby głównie zapasy jajek i brokuła, parówek i pulpetów.  Wiem, wiem –  i tak jest dobrze. U innych najlepszym przysmakiem jest sucha buła, którą mały człowiek może jeść na okrągło, a my tu na brokuła narzekamy…

Jestem pewna, że Helena pokochałaby również kilka innych potraw, gdyby tylko dała im szansę. Nigdy nie zmuszam jej jednak do próbowania. Nie zgadzam się z praktyką wciskania dzieciom jedzenia na siłę. „Tylko spróbuj” mówi dorosły i zmusza malucha do otwarcia buzi i „posmakowania”. Uważam, że to rodzaj przemocy, która może nadwyrężać zaufanie dziecka do opiekuna oraz zmienić przyjemność, jaką powinno być jedzeni,e w sytuację pełną negatywnych emocji (u obu stron). Mój sprzeciw budzi także odciąganie uwagi dziecka i karmienie przed telewizorem, czy ekranem komputera.

Na szczęście udało nam się znaleźć kilka sposobów na włączenie do diety mniej kuszących (zdaniem Helen) potraw. Oto nasze sposoby na wprowadzanie nowych smaków:

  1. Samodzielność. Od tego musimy zacząć, bo bez miejsca na samodzielność pozostałe punkty tracą moc. Nie chodzi  tylko o pozwolenie dziecku na samodzielne jedzenie (rączkami, czy sztućcami), ale też o możliwość wybierania z talerza tego, na co ma ochotę.  W przyszłości dodatkowo dojdzie udział w przygotowywaniu posiłków. Dlaczego to wszystko takie ważne? Jedzenie ma być przyjemnością, a ta nie zaistnieje bez poczucia kontroli nad tym co się dzieje. Dziecko zmuszane do jedzenia (jakościowo lub ilościowo) traci zupełną kontrolę nad sytuacją, posiłek zamiast radości jest źródłem dużego stresu. Nie oznacza to, że nie zdarza mi się karmić Helen łyżeczką. Nie popadam w skrajności, nie jestem z frakcji „karmienie łyżką to same zło”. Nigdy jednak nie odbywa się wbrew Heli, jeśli odmówi (a „nie” było jej pierwszym słowem, więc dobrze sobie radzi z wyrażaniem własnego zdania 😉 ) nie zmuszam jej, a nawet nie namawiam ( Jeszcze tylko jedna… Za mamusię, am! ) do kontynuacji.
  2. Wspólny posiłek. Razem smakuje lepiej – po prostu. A zgarnięta kluska z cudzego talerza, to przecież znacznie lepsza kluska niż ta smutna z własnego talerzyka 🙂 A jak to jest jeszcze talerz taty, to i suchy chleb staje się rarytasem, wartym dokładki.
  3. Atrakcje. Nie, nie chodzi o zabawianie w stylu „leci samolocik” 😉 Helena bardzo lubi jeść „dorosłym” widelcem. Oczywiście kończy się to strasznie brudną podłogą, ale gdy ma okazję posługiwać się naszymi sztućcami, dużo szybciej zabiera się za jedzenie, nawet tego, co nowe i może mało zachęcające… Co jeszcze? Kolorowe, zamykane pudełka na przekąski, „dorosłe” kubki i nasz hit, czyli posypki i dipy do maczania. Ekspandowany amarantus i płatki migdałów uratowały już niejedną zupę i kaszę śniadaniową.  Dipy (typu gęsty jogurt ze szczypiorkiem) świetnie się sprawdzają do np. takich paluchów. Hela ostatnio zajadała kiszonego ogórka maczanego w śmietanie 18%…
  4. Znane z nieznanym. Jajecznica jest „mniam”? To następnym razem spróbujemy z dodatkiem świeżego kopru lub szczypiorku. Do pulpetów dodaję ekstra porcję startych warzyw – cukinię, marchew i korzeń pietruszki, a do klusek bazylię i oregano. Te dodatki jakoś „przechodzą” z całością i w ten sposób ubogacają dietę naszego malucha.
  5. Inna forma. Krem z dyni i z buraków nie został zaakceptowany. Cukinia pieczona / parowana podobno jest bleee. Może przyjdzie jeszcze na nie czas, a teraz nie upieram się przy kremikach, warzywa pojawiają się w plackach i gofrach (dużo inspiracji znajdziecie między innymi tu), a delikatny wywar z samych warzyw podaję Heli w butelce termicznej jako napój.DSC_2140-001
  6. Trochę głodu. A na koniec punkt, który chociaż tak oczywisty, często umyka uwadze. Jeśli Hela zje na śniadanie pół łyżki kaszy, to nie martwię się tym, bo wiem, że do kolejnego posiłku zasiądzie już z większym apetytem. Oczywiście pod warunkiem, że nie napcham jej w międzyczasie niezliczoną ilością przekąsek – tu chrupka, tam tubka owocowa, kawałek banana, wafelek ryżowy itd. Nie mówię, ze przekąski są złe, chodzi o to, by były serwowane z umiarem i w odpowiednich porach, tak, by dziecko zdążyło zgłodnieć przed głównym posiłkiem.

O niejadkach możecie poczytać jeszcze na blogu blw mama tu. Przyznam, że ten blog często inspiruje mnie kulinarnie. 🙂

A Wy macie jakieś swoje triki i magiczne przepisy na świetny apetyt? Jeśli tak, podzielcie się proszę w komentarzach.

Pozdrawiam!

Magda

***

 

Jeśli spodobał ci się ten wpis, proszę, podziel się nim ze znajomymi, korzystając z poniższych przycisków i polub naszą stronę na facebooku, żeby być na bieżąco (klik).

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij "Lubię to" lub udostępnij go swoim znajomym! Dla Ciebie to chwila, a dla nas olbrzymia satysfakcja nakręcająca do działania! 🙂
0

6 komentarzy

  1. Czy jest takie zjawisko jak „niejadek”? Przecież organizm ludzi jest tak skonstruowany, żeby sobie nie szkodzić, a na pewno nie pozwoli sobie na śmierć z głodu. Więc może to jest w głowach rodziców… i zapominamy, że żołądek dziecka jest mały jak piąstka?

    ola741369
    1. Jest w tym dużo racji. Są jednak sytuacje, w których dziecko jest głodne, ale nie chce tknąć tego, co ma na talerzu. I co wtedy? Podawać na okrągło tylko to, co akceptuje? Uważam, że nie. Trzeba spróbować rożnych trików, by jedzenie było przyjemne, ale nie składało się tylko z jednego ulubionego składnika. Wprowadzanie nowych smaków do menu dziecka jest przecież bardzo ważne.

      Magdalena

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *