Czwartek. Kalendarz pokazuje, że dzisiaj Ogólnopolski Dzień Przedszkolaka. Może dlatego tyle grup dzisiaj w parku.

Helena próbuje nakarmić WSZYSTKIE spotkane po drodze wiewiórki. Z drzew spadają kasztany i zaczynam się cieszyć, że Mała nie chce zdjąć kasku rowerowego – przynajmniej nie oberwie w głowę. Piękna, jeszcze wakacyjna  pogoda. Idealny dzień na zabawy w parku.

Mijamy kolejną grupę, chyba czterolatków. Nauczycielce z przodu kolumny wyraźnie nie dopisuje humor. Pani z tyłu też daleko do uśmiechu. Dzieci idą w parach. Nagle jedna dziewczynka puszcza rękę koleżanki i szybko podnosi kasztan z ziemi. Nauczycielka, która pilnuje tyłu kolumny nieprzyjemnym tonem zwraca uwagę czterolatce. Druga odwraca się i szybkim ruchem zabiera jej znalezisko. I koledze obok też. Dzieci  nie protestują, tylko jeden chłopiec zgłasza: „Piose pani, jesce Symek ma kastany w kiesieni”. Szymek (kolega z pary) ma przez dwie sekundy  naprawdę przestraszoną minę. Na szczęście pani nie reaguje… Grupa idzie dalej.

Długo nie mogłam zapomnieć tego obrazka. Zaczęłam nawet usprawiedliwiać dorosłych – każdy może mieć gorszy dzień, może panie się śpieszyły, może musiały szybko doprowadzić gdzieś grupę…

Może widzę tylko urywek tej przedszkolnej rzeczywistości…

Może nie ma co przeżywać?

Tylko niestety takich wyrywków mam w głowie już naprawdę zbyt wiele – dostarczyły mi ich nie tylko obserwacje na spacerach, ale też (a może zwłaszcza) praktyki w przedszkolach i szkołach.

I przykro mi z powodu tego kasztana, przykro tak samo jak wtedy, kiedy nauczyciel kazał dzieciom siedzieć długo w kręgu bez ruchu, bo przecież „on musi poprowadzić zajęcia”, wtedy, kiedy nie pozwolił dzieciom wyjść na dwór, bo przecież są kałuże. Smutno mi tak jak wtedy, gdy kolejny raz na plastyce wszyscy robili identyczne grzybki, żabki i pszczółki z szablonu. Jak wtedy, kiedy podczas malowania farbami dzieci słyszały, że niebo nie może być zielone, a drzewa przecież są brązowe. Jak w dniu, w którym widziałam zapłakanego chłopca z wyrokiem „będziesz siedział tak długo, aż  zjesz tę zupę”… 

Tymczasem dzieciństwo jest po to, by cieszyć się z kasztana w ręku, biegać  bez celu, malować fioletowe drzewa, wlewać wodę do kaloszy. Mówić głośno i nie zawsze dyplomatycznie, ganiać z patykami i brudzić ubrania. Wiercić się nieustannie i zachwycać się małymi rzeczami – skrzydłami biedronki, błotkiem w kałuży i śladem po wyrwanym zębie w paszczy najlepszego kumpla…

Drogie panie (i panowie) z przedszkola, dzieciństwo jest własnie po to. Nie by wszystko równo, na czas, cicho i w przemyślany sposób. Nie po to byście zdążyły przerobić materiał dydaktyczny. Nie po to by było odpowiednio „grzecznie”.

I nie twierdzę, że nie można uczyć dobrych manier, czy pewnych zasad funkcjonowania w grupie. Można, tylko nie trzeba przy tym deptać wolności dziecka, jego potrzeby ruchu, spontaniczności, krępować wyobraźni..

Dzieci to nie kredki do temperowania i zwierzątka do tresury. To ludzie. Ludzie, którzy mają swoje preferencje, mocne strony, ale i pewne trudności. Wychowywanie nie powinno ignorować tej indywidualności, łamać woli, podcinać skrzydeł….

.

.

I na koniec kilka myśli Janusza Korczaka, które kiedyś mną wstrząsnęły i do dziś robią wrażenie:

Całe wychowanie współczesne pragnie, by dziecko było wygodne, konsekwentnie krok za krokiem dąży, by uśpić, stłumić, zniszczyć wszystko, co jest wolą i wolnością dziecka, hartem jego ducha, siłą jego żądań i zamierzeń.

* * *

Im mizerniejszy poziom duchowy, bezbarwniejsze moralne oblicze, większa troska o własny spokój i wygodę, tym więcej zakazów i nakazów, dyktowanych pozorną troską o dobro dziecka.

* * *

Bądź sobą i czujnie przyglądaj się dzieciom wówczas, gdy sobą być mogą. Przyglądaj się i nie żądaj. Bo nie zmusisz żywego, zaczepnego dziecka, by było skupione i ciche; nieufne i chmurne nie stanie się szczerym i wylewnym; ambitne i oporne nie będzie łagodnym i uległym

Jak kochać dziecko. Internat.

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij "Lubię to" lub udostępnij go swoim znajomym! Dla Ciebie to chwila, a dla nas olbrzymia satysfakcja nakręcająca do działania! 🙂
0

8 komentarzy

  1. Prawda. Ja mam niestety podobny problem z babcią moich maluchów. „No przecież trawa jest zielona”.. i inne takie. Czasem się zastanawiam jak to wpłynęło na mnie i moje postrzeganie świata.

    Cosmetics Freak
    1. Niestety takie rzeczy wpływają na nasze postawy i postrzeganie świata. Na to co my dostaliśmy, już nic nie poradzimy. Możemy jednak nie obciążać swoich dzieci, a przynajmniej starać się, by obciążyć je w jak najmniejszym wymiarze..

      Sasanki
  2. Mieliśmy chyba szczęście z przedszkolem, bo nic z opisanych sytuacji nie miało raczej miejsca. Moja córka z przedszkola wielokrotnie przynosiła całe naręcza liści ze spacerów, albo żołędzie czy kwiatki wiosną zrywane na łące. Nie dostawali szablonów do zajęć plastycznych – było to widać po ich pracach. I nie było zmuszania do jedzenia – to było jedno z moich głównych „wymagań” przy poszukiwaniu przedszkola, aby nie zmuszali. Moja córka nie lubiła wtedy zup, mało różnorodnie jadła. Kończąc przedszkole jadła większość zup i wszystko co na drugie danie dawali. Nie była nigdy zmuszana, w końcu sama zechciała próbować, jak inne dzieci.

    1. Fajnie, że macie takie pozytywne doświadczenia. Z pewnością są takie przedszkola, gdzie opisywane sytuacje nie mają miejsca. Mam nadzieję, że nasze córki trafią pod skrzydła mądrych i kochanych pedagogów 🙂

      Sasanki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *