Zadzwonił telefon. Zwykle nie odbieram nieznanych numerów, ale tym razem miałam jakieś nietypowe przeczucie, że powinnam. Okazało się, że to znajoma, z którą poznałyśmy się jeszcze w  czasach harcersko – gimnazjalych. Po krótkiej wymianie informacji „co tam, jak tam” usłyszałam, że w jednej z warszawskich fundacji ruszają zapisy do grupy wsparcia i rozwoju dla mam niemowlaków i że MUSZĘ, i że KONIECZNIE. Podziękowałam najładniej jak mogę, ale od razu wiedziałam, że to nie dla mnie. Po pierwsze byłam potwornie zmęczona na samą myśl, że mam gdzieś dodatkowo wychodzić z siedmiomiesięczną wtedy Helenką – gdzieś na ustaloną godzinę, gdzieś, gdzie trzeba dojeżdżać dwoma środkami transportu. Hela nie znosiła spacerów, wózka.  Jej rozkład drzemek zwykle był nie do przewidzenia. Większość z naszych wyjść kończyło się po dwudziestu minutach krzykiem (nie, nie płaczem, tylko okropnym krzykiem). Po drugie, „grupa wsparcia” nie brzmiało jak coś, czego w danej chwili potrzebowałam. Poród i pierwsze tygodnie były naprawdę ciężkie, ale miałam wrażenie, że mam to już jakoś przepracowane, emocje trochę opadły, trochę ułożyłam sobie już w głowie. Po trzecie, miałam komu wygadać się, wypłakać w rękaw- kochającą rodzinę,  przyjaciół, znajome w podobnej sytuacji życiowej. Nie, nie, nie. Grupa wsparcia nie była mi potrzebna…

I pewnie nigdy nie dowiedziałabym się, że jestem w błędzie, gdyby nie to, że moja koleżanka tak łatwo nie dała za wygraną. Kiedyś sama trafiła na te spotkania, a potem poszła krok dalej i  zrobiła kurs trenerski. „To najlepsze co spotkało mnie na mojej drodze macierzyństwa” mówiła. Męczyła mnie dalej – przesyłała smsy, dopytywała czy już się zapisałam. W końcu miałam dość wykręcania się i… wysłałam zgłoszenie. Zwyczajny brak asertywności popchnął mnie do tego. Choć raz mogę się cieszyć z tego, ze nie lubię odmawiać – zapisałam się na spotkania dla świętego spokoju… i całe szczęście! Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że grupa jest najlepszym doświadczeniem na mojej macierzyńskiej drodze,  ale z pewnością dała mi wiele dobrego. Zupełnie się tego nie spodziewałam.

To co działo się w ramach spotkań grupy, było dla mnie niezwykłym i zupełnie nowym doświadczeniem. Dlaczego?  Grupa ma pewien regulamin i swoich trenerów / moderatorów, którzy dbają o to, by rozmowy nie zeszły na nieprawidłowy tor. W „normalnym życiu” i codziennych sytuacjach (świadomie lub nie) używamy ocen, etykiet, porównujemy, krytykujemy.  Dobrze prowadzona grupa daje poczucie bezpieczeństwa – jej uczestnicy mogą mieć różne potrzeby,  różne przemyślenia, różne emocje i mogą je wyrażać, o nich opowiadać  ALE pod warunkiem, że będą używać języka bez przemocy.  I to jest naprawdę super! Nikt ci nie powie, że „przyzwyczaiłaś”, nikt nie będzie wymyślał rad (no chyba, że wyraźnie o to poprosisz), nie powie ci jak trzeba żyć. Każdy może (nie musi) opowiedzieć o sobie, swoją historię i w zamian otrzymać coś naprawdę cennego – WYSŁUCHANIE.

Co mi dała grupa wsparcia? Dzięki niej mogłam się na chwilę zatrzymać, przyjrzeć się sobie, temu co się zmieniło i zmieniało w moim życiu.  Wyłuskać sprawy ważne, zdystansować do tego, co nieistotne. To był czas refleksji i przemyśleń, ale też czerpania siły z doświadczeń innych dziewczyn. Był to też czas zawiązania nowych znajomości, choć  zapisując się spotkania nie liczyłam na nowe przyjaźnie. Nie jeden warsztat, kurs za mną, nie jedna fajna relacja nawiązana na szkoleniu przepadła po powrocie do codzienności, gdy już po wszystkim. Z grupą wsparcia jest jednak trochę inaczej – podczas spotkań rozmawiałyśmy szczerze o teraźniejszości, czasem o przeszłości i tym, co przed nami. Te rozmowy były niekiedy mocno intensywne, miałam wrażenie, że w ciągu kilku spotkań nadrabiamy lata znajomości. To zaowocowało dalszym kontaktem –  przede wszystkim online, ale też  raz na jakiś czas spotkaniami i wspólnymi wyjściami.

Cieszę się, że są na tym świecie tacy mądrzy i wrażliwi ludzie, którzy tworzą takie grupy. Cieszę się, że są też takie uparciuchy, co zmuszają innych do działania i zapisania się na spotkania (dzięki Ewa <3 😉 )  Ja uczęszczałam na spotkania grupy wsparcia i rozwoju dla mam najmłodszych dzieci (do 10 m-cy) URODZIŁAM ŻYCIE  w niezwykłej Fundacji Sto Pociech. I z całego serca polecam to miejsce! <3

Magda

ps. A jeśli chodzi o nasze dojazdy, to ostatecznie nie było tak strasznie – rozpoczęcie spotkań zbiegło się akurat ze zmianą wózka z gondoli na spacerówkę, którą Hela zdecydowanie lepiej tolerowała.

Jeśli spodobał ci się ten wpis, proszę, podziel się nim ze znajomymi, korzystając z poniższych przycisków i polub naszą stronę na facebooku, żeby być na bieżąco (klik).

Spodobał ci się nasz wpis? Proszę, podziel się nim ze znajomymi, korzystając z poniższych przycisków i polub naszą stronę na facebooku, żeby być na bieżąco !
0

6 komentarzy

  1. Pingback: Gdzie bawią się dzikie dzieci? Miejsca, które lubimy. Warszawa malucha #14 – Sasanki

  2. Pingback: Droga Mamo, to nie jest porażka. To najnormalniejsza rzecz na świecie. – Sasanki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *