Tuż przed północą przechodziliśmy szpitalnym korytarzem. Z sufitu zwisały kolorowe rybki i postać wędkarza. Nie to jednak przykuło moją uwagę. Piętro niżej dostrzegliśmy młodych ludzi koczujących na materacach. Byłam zbyt zdenerwowana, by od razu ich rozpoznać i zrozumieć o co chodzi. Na drugi dzień wszystko stało się jasne. Transparenty, hasła, dziennikarze. To protestujący lekarze rezydenci.

Nie mamy telewizora, raczej nie poświęcam czasu na śledzenie newsów  w sieci. O strajku wiedziałam trochę, coś tam trafiło do mojej głowy i szybko uciekło. Przypomniałam sobie o nim w szpitalu… A potem zrobiło mi się trochę głupio. Dotarło do mnie w końcu, że to co się dzieje dotyczy nas wszystkich, a nie pewnej niezadowolonej z warunków pracy i zarobków grupki ludzi.

Szpital w którym byliśmy nie pasuje do obrazu typowej państwowej placówki – jasny, przestronny, nowoczesny. Na naszym oddziale miło zaskoczyła nas sala zabaw dla dzieci z półkami zapełnionymi nowymi książkami i grami, z szufladami kryjącymi atrakcyjne zabawki dla najmłodszych pacjentów. Na przeciwko urządzona była kuchnia z lodówką i ekspresem do kawy, zaraz obok była dodatkowa toaleta z prysznicem. Szpitalne warunki nie są takie straszne? Nie są, ale również dlatego, że znaczny udział w ich poprawie miała pewna zagraniczna fundacja, która ufundowała obie salki na oddziale. Nie dało się też nie zauważyć serduszek na szpitalnych sprzętach – czy tych sprzętów by zabrakło, gdyby nie zewnętrzna organizacja? A jak już mowa o braku państwowych środków, to chyba jego symbolem może być śniadanie, która dostała piętnastomiesięczna Helena w drugiej dobie pobytu w szpitalu – trzy kromki białego chleba, dwa plasterki hmm… jakiejś szynki, chyba konserwowej, kawałek serka topionego i cztery wafelki ( podobno śmietankowe ), które składały się chyba głównie z marnej jakości tłuszczu i cukru. To nie jest dobry posiłek dla małego dziecka, zwłaszcza w czasie choroby… Jedzenie  organizowaliśmy na własną rękę, a z darów fundacji radośnie korzystaliśmy i cieszyliśmy się, że nie zetknęliśmy się z dużo gorszą zmorą służby zdrowia – kolejką i zapracowanymi do granic możliwości lekarzami. My nie, natomiast mój 87.  letni Dziadek spędził ostatnio kilka godzin z ostrym bólem brzucha czekając na przyjęcie do szpitala.

Rezydenci walczą nie tylko o podniesienie pensji, jak wielu nieuważnie obserwującym mogłoby się wydawać, ale również o zmiany jakościowe w polskiej służbie zdrowia. One są konieczne do tego, by pacjent przestał być tylko numerkiem w niekończącej się kolejce.  Te zmiany są potrzebne i mnie i Tobie. Mojemu dziecku i mojemu Dziadkowi – każdemu z nas może się przytrafić mniejszy lub większy kontakt ze służbą zdrowia. Nie chcę się wtedy spotkać (po odczekaniu oczywiście kilku godzin w kolejce) ze sfrustrowanym lekarzem i przemęczoną pielęgniarką. Nie chcę, by zdrowie i życie mojego dziecka zależało od kogoś, kto praktycznie nie spał od dwudziestu czterech godzin. Nie chce, by moim lekarzem był ktoś, kto  nie ma czasu odpoczynek i porządne wczasy, bo pracuje w kilku miejscach naraz, by utrzymać własną rodzinę… I nie rozumiem tych, którzy na forach internetowych drwią, że trzeba było wybrać inne studia, że przecież  można wyjechać za granicę…

Protest głodowy został zakończony, jednak walka trwa nadal – nowa forma sprzeciwu młodych lekarzy ma polegać na tym, że w tygodniu nie będą pracować dłużej niż 48 godzin. Co to oznacza dla pacjentów? W niektórych przychodniach nie będzie miał kto ich przyjmować. Mówi się o tym, że zabraknie lekarzy na oddziałach szpitalnych  w weekendy i wolne dni. Nie otrzymamy nocnej i świątecznej pomocy medycznej. Czy to możliwe? Chyba tak, ponieważ do tej pory takie godziny brali na siebie rezydenci dorabiający do swojej niewielkiej pensji. Nie jest to optymistyczna wizja, jednak chyba nie jej powinniśmy się bać najbardziej. Najgorszym scenariuszem jest  to, że zmian w polskiej służbie zdrowia i tak nie będzie, a młodzi lekarze po prostu wyjadą, bo inne kraje kuszą dużo lepszymi warunkami pracy. Nam zostanie czekanie w jeszcze dłuższych kolejkach, jeszcze większy stres i frustracja, nie mówiąc już o wydatkach związanych z ewentualną prywatną opieką… Jest się czego bać 🙁

 

Pozdrawiam!

Magda

***

 

Jeśli spodobał ci się ten wpis, proszę, podziel się nim ze znajomymi, korzystając z poniższych przycisków i polub naszą stronę na facebooku, żeby być na bieżąco (klik).

 

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij "Lubię to" lub udostępnij go swoim znajomym! Dla Ciebie to chwila, a dla nas olbrzymia satysfakcja nakręcająca do działania! 🙂
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *