Smoczek… Kontrowersyjny temat wśród młodych rodziców.

Przez jednych rodziców uważany za obowiązkowy element wyprawki. Inni absolutnie unikają tego „gadżetu”. Moja córka niedawno skończyła 3 latka i mogę już na ten temat myśleć i mówić ze spokojem. Smoczka nie używamy, ale dość długo był u nas niezbędnym elementem przy zasypaniu.

Zanim urodziła się Łucja poczytałam trochę o smoczkach. Dowiedziałam się między innymi, że podanie smoczka noworodkowi może zaburzyć u niego proces ssania, nie mówiąc już o ich późniejszym wpływie na zgryz dziecka, a w konsekwencji – możliwych wadach wymowy. „No więc żadnych smoczków” – pomyślałam i tak zrobiłam. Nie kupiłam ani nie podałam Lusi smoczka, ale… Tu pozwolę sobie na dygresję dotyczącą naszych początków i koniec końców decyzji o podaniu smoczka.

Nasze wspólne spacery przez pierwsze miesiące wyglądały dość makabrycznie.

Łucja za nic w świecie nie potrafiła zasnąć w wózku na spacerze. Wyglądało to mniej więcej tak… Usypiałam ją w domu bujając w wózku (pomagało nam bardzo spowijanie). Gdy tylko zasnęła natychmiast wychodziłam na zewnątrz uważając przy tym, by nie skrzypnęły drzwi lub coś nie upadło na podłogę. Wówczas proces usypiania musiałby zacząć się od nowa. Dobrze, że Luśka przyszła na świat w upalne lato, bo nie wiem jak rozwiązałabym kwestię ubierania. Ufff!! Na szczęście ten problem odpadł, bo Lusia urodziła się pod koniec bardzo ciepłego czerwca. No i mieszkamy na parterze, więc nie musiałyśmy wsiadać do windy ani schodzić po schodach, co z pewnością stworzyłoby dodatkowe utrudnienia. Kiedy już wyszłam na spacer zaczynałam „krążyć dookoła bloku”. Opanowałam do perfekcji te same trasy. Teraz wydaje mi się to dość śmieszne, ale nie wtedy. Wtedy była to bardzo poważna sprawa i trudna kwestia do rozwiązania. Bo co zrobić, gdy dziecko nagle obudzi się z wielkim płaczem?! Najlepiej być blisko domu, żeby móc podać jej pierś, która ją uspokajała. Nie czułam się dość pewnie karmiąc na ławce lub w innych miejscach publicznych. Zresztą (co chyba jest oczywiste) nie miałam ochoty tego robić bez przerwy. Po czterech miesiącach takiego życia miałam dość. Kilka razy wyżaliłam się mojej mamie, która od razu powiedziała: Daj jej smoczek! Wzbraniałam się jak mogłam, ale pewnego razu postanowiłam odpuścić i „schować do kieszeni” swoje wcześniejsze wizje bezsmoczkowego macierzyństwa. W wyprawce ze szkoły rodzenia był smoczek, z którego miałam nigdy nie skorzystać. A jednak podałam go czteromiesięcznej córce…

Jakież było moje zdziwienie, kiedy dałam Luśce smoczek. Wcale go nie chciała! Ale jak to? Przecież powinna wziąć od razu i ssać… Nic podobnego. Chwilę to trwało zanim w ogóle zorientowała się o co chodzi z tym dziwnym przedmiotem w buzi. Jednak potem było już tylko lepiej. Smoczek zagościł na stałe w naszym domu. Na szczęście nie „na stałe”, a tylko od czasu do czasu w buzi malucha.

Trwaliśmy w tym (błogo)stanie przez wiele miesięcy.

Spacery i wyjścia do świata stały się przyjemnością, bo smoczek naprawdę nam pomógł. Nie obyło się jednak bez (moich) wyrzutów sumienia.

Przeczytałam w jakimś bliskościowym artykule, że podając smoczek zagłuszamy tyko wołanie malucha i jego prawdziwe potrzeby. Bo on chciałby być przytulany, noszony i pragnie… ssać. Najchętniej pierś. No jasne! Zgadzam się z tym. Jeśli jesteś mamą, która lubi siedzieć na kanapie/fotelu/ławce i karmić małego ssaka, a następnie go nosić i tulić, a potem oboje jesteście zadowoleni to świetnie! Gratuluję Ci i zazdroszczę. <3 Mój maluch chciał ssać niemal bez przerwy i karmiąc nadrobiłam sporo zaległości w filmach i książkach. Ale chciałam też wyjść z domu na zakupy, pójść na lody, umówić się z koleżanką i pojechać autobusem, na spotkania dla mam. Tylko jak? Nie wyobrażałam sobie, że mój maluch płacze przez godzinę w komunikacji miejskiej, a ja nie jestem mu w stanie niczym pomóc. A smoczek pomagał. Baaaardzo pomagał.

Dzięki smoczkowi przetrwaliśmy wiele wspólnych chwil. Pomógł nam podróżować w spokoju autem, autobusem, metrem i samolotem. Pozwolił uczestniczyć w wydarzeniach rodzinnych, chodzić do kościoła, robić zakupy z przyjemnością i przetrwać pobyt w szpitalu. Oczywiście nie korzystaliśmy z niego przez przerwy. W pewnym momencie używaliśmy smoczka już tylko doraźnie – czyli do usypiania. Po tym, jak Lusia zasnęła wyjmowałam smoczek z jej ust.

Przed drugimi urodzinami postanowiliśmy, że pozbywamy się smoczka. Odczekaliśmy jeszcze trochę, bo szykował się wakacyjny wyjazd lot samolotem. Jak dobrze, że mieliśmy smoczek! Lusia (ponad 2-letnia) w czasie tamtych wakacji zachorowała i trafiła na izbę przyjęć w zagranicznym szpitalu. Oprócz cierpienia wywołanego chorobą, doszły wizyty u lekarzy, którzy mówili w obcym języku. Można sobie tylko wyobrazić, co czuje maluch, który przechodzi przez takie doświadczenia. Wtedy z pomocą przyszedł smoczek… Pomógł ukoić emocje. Dzięki niemu Lusia płakała mniej i spała spokojniej, jednak przez kilka dni smoczek dużo częściej gościł w buzi. Tak zaczęły się późniejsze problemy…

Nie udało się zrealizować naszej decyzji o odstawieniu smoczka.

Po powrocie do domu (i zdrowia!) postanowiliśmy wrócić do wcześniejszych planów o pozbyciu się smoczka. Okazało się, że jest to prawie niemożliwe. Lusia zaczęła prosić o niego dużo częściej. Ykhhmmm… Prosić to może zbył łagodne słowo. Zaczęła się go głośno DOMAGAĆ. Wcześniej głównie pomagał jej zasnąć, a teraz prosiła o niego, gdy tylko coś szło „nie po jej myśli”. To stało się dla nas rodziców bardzo trudne i wręcz… irytujące. Miałam w sobie mnóstwo złości i wyrzutów sumienia z tego powodu. (Szczególnie, że dookoła większość dzieci w tym wieku nie używa już smoka od dawna.) Kilka razy usłyszałam od postronnych ludzi lub lekarza w przychodni, że „chyba już czas pozbyć się smoczka”. Dziękuję za radę! A teraz proszę podpowiedz, jak to zrobić, by cała rodzina przy tym nie cierpiała.

Postanowiłam nie korzystać z porady Schowaj smoczek. Popłacze trochę i przestanie.

Chyba nie potrzeba tu mojego komentarza. Podjęliśmy za to wiele prób łagodnego zakończenia przyjaźni ze smoczkiem. Może któreś pomogą Wam?

1. Rozmawiałam i tłumaczyłam. Jesteś już dużą dziewczynką, a duże dziewczynki nie potrzebują smoczka. Lusia jednak uparcie twierdziła, że jednak go potrzebuje.

2. Odnosiłam się do wiedzy medycznej. Nasze rozmowy weszły na takie tematy jak, wizyta u ortodonty i zakładanie aparatu ortodontycznego. Bo przecież smoczek psuje ząbki i zgryz.

3. Naciągałam prawdę. Nie lubię mówić córce nieprawdy, ale postanowiłam trochę nagiąć rzeczywistość mówiąc, że w smoczku jest dużo bakterii i wirusów. Oczywiście musimy go wyrzucić z tego powodu.

I tu UWAGA! Punkty 1,2,3 przyniosły chwilowy skutek. Lusia ssała mniej, albo mówiła „tylko na chwileczkę”. Raz nawet wyrzuciła smoczek do kosza mówiąc, że jest dużą dziewczyną i go nie potrzebuje. Jednak gdy przyszedł wieczór i pora spania wyraźnie i bardzo głośno dała do zrozumienia, że nie obędzie się bez smoczka. Ostatecznie smoczek nadal z nami był.

4. Ucięłam końcówkę smoczka. Dostałam radę od znajomej, (której córka też długo ssała smoczek,) by uciąć malusieńką końcówkę smoczka i podać Lusi. Tę radę ona z kolei otrzymała od neurologopedy, więc wydawała się sensowna i warta wypróbowania. Podobno maluch nie ma wtedy przyjemności ze ssania i dobrowolnie oddaje smoczek. Cóż… Próbowałam tej sztuczki dwukrotnie. Za pierwszym razem faktycznie Lusia nie chciała takie zepsutego smoczka. Płakała dotąd aż przynieśliśmy drugi, który był dobry. 😉 Po kilku tygodniach spróbowałam kolejny raz metody z obciętą końcówką i ku mojemu zaskoczeniu Lusia ssała ten smoczek przez następne dni, jakby nic się nie zmieniło. Wreszcie zapytałam, czy ze smoczkiem jest wszystko ok. Powiedziała, że ma dziurkę i… używała go dalej.

To wszystko może wydawać się zabawne albo mało znaczące dla osób, których nie dotyczy kwestia odsmoczkowania. Jednak jestem przekonana, że rodzice, którzy chcą pozbyć się smoka raz na zawsze szukają dobrych i niezawodnych metod.

Jak zatem pozbyliśmy się smoczka?

W końcu pozbyliśmy się smoczka. Lusia przestała ssać go sama. Stało się to nagle i zupełnie nieoczekiwanie. Pewnego ranka obudził ją straszny kaszel. Potem rozchorowała się (wirus: chore gardło + wymioty). Powiedzieliśmy jej, że smoczek dodatkowo podrażnia jej gardło i powoduje wymioty. To wystarczyło, by o niego nie poprosiła. Myślę, że dostała swoistej awersji. Nie mogłam uwierzyć, że to się wydarzyło. Tylko czekałam, kiedy powie: „chcę smoczek!”. I faktycznie zapytała o to po trzech bezsmoczkowych dniach. Odpowiedziałam, że smoczka już nie ma. Przyjęła tę informację ze spokojem i… nie zapytała o niego już więcej.

👶👶👶

Lusia ssała smoczek od czwartego miesiąca życia aż do momentu, gdy skończyła 2 lata i 7 miesięcy. Na początku dość często, potem tylko doraźnie, pod koniec dostawała go kilka razy w ciągu dnia i czasem w nocy… Monitorowałam jej zgryz chodząc regularnie do stomatologa. Według naszej pani stomatolog ma piękne, zdrowe ząbki. Smoczek nie spowodował wad zgryzu ani spowolnienia rozwoju mowy – zaczęła mówić przed 1 urodzinami, a obecnie opowiada fantazyjne historie o kapibarach i jednorożcach. 😉

Ja miałam  w międzyczasie kilka kryzysów, kiedy nie udawało nam się pozbyć smoczka. Moje uczucia były rozchwiane. Czasem miałam ochotę zabrać smoczek i go wyrzucić, innym razem sama dawałam go Lusi, by uniknąć niepotrzebnych krzyków i płaczu. Wreszcie problem sam się rozwiązał. W momencie odstawienia smoczka Lusia dostała od nas dużo wsparcia. Przez kilka dni spała ze mną w jednym łóżku (na co dzień śpi w osobnym pokoju). Mówiłam jej, że jest już dużą, dzielną dziewczynką. O smoczku nie wspominałam!

Nam przydarzyła się historia z chorobą, ale nie jest to oczywiście metoda, którą da się „zaaranżować”. Jeśli chcecie, aby Wasze dziecko pozbyło się smoczka to mam dwie rady.

  1. Nie czekajcie z tym do 2 urodzin.
  2. Wykorzystajcie nadarzające się okazje.

Po skoczeniu 2 lat dziecko staje się bardzo świadome wielu spraw – np. tego, że smoczek można kupić w sklepie. Doskonale też interpretuje emocje rodziców i wie, że jeśli będzie „nalegać” wystarczająco głośno i intensywnie to rodzice przyniosą to, o co tak prosi. Poza tym dwa lata to bardzo długo – nic dziwnego, że smoczek stał się przyjacielem dziecka. A co do okazji… Córeczka jednej z moich koleżanek sama zdecydowała, że „oddaje” smoczek znajomemu dzidziusiowi. Odwiedzili  ich przyjaciele z niemowlakiem i mała postanowiła, że teraz smoczek powędruje do tego maluszka. Tak przestała ssać smoczek. Warto więc, wykorzystywać sytuacje, które same się często przytrafiają.

A Wy znacie jakieś smoczkowe historie?

Martyna

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij "Lubię to" lub udostępnij go swoim znajomym! Dla Ciebie to chwila, a dla nas olbrzymia satysfakcja nakręcająca do działania! 🙂
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *