Cieszę się, że obejrzałam to teraz, kiedy minęły prawie dwa lata. Niektóre sceny ciężko byłoby mi znieść jeszcze rok temu – nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak żywe są jeszcze te emocje, a co by było zeszłej wiosny… I nie chodzi już o trud porodu, połogu, karmienia – choć też. Bardziej jednak w filmie „Tully” poruszyło mnie to, jak bardzo główna bohaterka była przytłoczona tym, co się z nią i wokół niej dzieje.  Chaos, wielka bezradność. I ja, choć matka jednego, a nie trójki dzieci, ten chaos, tę bezradność i spory strach też pamiętam.  Bezradność, gdy dziecko po raz piąty budzi się, a jest lekko po północy. Bezradność, gdy kolejnej i kolejnej nocy, i przez następne pięć miesięcy jest dokładnie tak samo. Bezradność, gdy boli ciało,  bezradność, gdy brak siły. Chaos nad którym nie mogę zapanować – pranie, brudne naczynia, bałagan tak duży, że nie wiadomo od czego zacząć. Bezradność po spojrzeniu na siebie w lustrze, na twarz, która przecież wyglądała niedawno inaczej – ładniej, młodziej.

Przecież inne mamy tak nie mają. RADZĄ sobie, wyglądają świetnie…

Jakoś to ogarnę. Sama.

Wiecie co? Może powinni pokazywać „Tully” podczas szkoły rodzenia. Może byłoby to skuteczniejsze niż mini wykłady typu „kobieta powinna pamiętać o sobie”, czy „rolą mężczyzny jest wsparcie kobiety”. Może uświadomiłoby to przyszłym mamom, że czeka ich naprawdę trudny czas. A ojcowie zrozumieliby, co to jest prawdziwe wsparcie, a czym na pewno ono nie jest. I że utrata kontroli nie jest wcale taka trudna – wystarczy wysiłek, wielkie emocje, zmiany związane z hormonami i duże niewyspanie.

Nie, nie chciałabym nikogo straszyć. Chodzi o coś innego – by nie wpaść w pułapkę „powinnam”.

Pamiętam, że jak Helka miała kilka miesięcy rozpłakałam się, bo miał przyjść kurier, a mi było wstyd. Wstyd, że nasze mieszkanie nie jest piękne i pachnące. Że nie daję rady. Że nie panuję nad chaosem. Że nie gotuję porządnych obiadów. Nie wiem skąd wzięło się to przekonanie, że powinno być inaczej. Że muszę coś udowadniać, że muszę gonić za jakimś ideałem. Że muszę być lepsza. I że nie potrzebuję pomocy. Myślę, że nie tylko ja to przerabiałam. Pewnie takich kobiet jest więcej. Jest więcej takich mam, którym się wciąż wydaje, że coś powinny i że muszą się bardziej postarać i przepraszać, że nie jest idealnie.

Tak się nie da. No… może się da, jeśli ma się w kołysce typ aniołka, który lubi kontemplować sufit. Albo druga połowa może pozwolić sobie na mocno przedłużony urlop. Nie da się jednak, jeśli zostaje się na większość dnia samą z dzieckiem łaknącym nieustannej uwagi,  nie da się, gdy przez kilka miesięcy (i mówię tu nie o dwóch a raczej o ośmiu) śpi się za mało i niekoniecznie odżywia zgodnie z potrzebami. Nie da się bez pomocy. I to nie jest porażka. To jest najnormalniejsze na świecie, że się nie da. Fajnie, że powstał taki film. To taka przeciwwaga do tych polukrowaych obrazków z instagrama, gdzie mamy spędzają poranki rozsypując płatki kwiatów wokół swoich  muślinowych dzidziusiów  i pysznego latte.

Trzeba odpuścić, a co ważniejsze, zadbać o system wsparcia – umówić się wcześniej  z rodziną, przyjaciółmi. Na konkrety. A jak rodzina mieszka daleko, a przyjaciele w pracy, to pomyśleć o współpracy z osobą, która odpłatnie posprząta lub przypilnuje malucha.

Po swoich doświadczeniach mogę stwierdzić jedno: świeżo upieczona mama nie potrzebuje kolejnej zabawki dla dziecka. Ona potrzebuje snu i dobrego obiadu. Ona potrzebuje by ktoś potrzymał dziecko, by mogła rozwiesić w końcu pranie. Ona potrzebuje dużo wsparcia. Realnego, konkretnego. Jeśli mówi, ze wszystko ogarnia, jest duża szansa, że to nieprawda. Jeśli mówi, że niczego nie potrzebuje, pewnie nie urazisz jej, przynosząc ulubioną potrawę w prezencie z propozycją pozmywania po wspólnym posiłku.

A na koniec wszystkim mamom polecam  grupę wsparcia  i rozwoju dla mam najmłodszych dzieci (do 10 m-cy) URODZIŁAM ŻYCIE. Pisałam o niej tutaj. Na stronie Fundacji Sto Pociech można przeczytać o czerpaniu siły ze spotkania z mamami o podobnych doświadczeniach. To prawda – tak to działa, daje siłę.

Pozdrawiam!

Magda

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij "Lubię to" lub udostępnij go swoim znajomym! Dla Ciebie to chwila, a dla nas olbrzymia satysfakcja nakręcająca do działania! 🙂
0

9 komentarzy

  1. Trafne słowa! <3 U mnie po pierwszym porodzie była sielanka, albo tak mi się wydawało bo dziwnym trafem z powodu splotu pewnych zdarzeń miałam energii tyle co pięciu chłopa! Po drugim porodzie omal nie wpadłam w psychiczny dołek, a raczej dół… Trzeba o tym pisać! Muszę obejrzeć ten film!

  2. Dzięki za ten tekst. Patrzac na te wszystkie supermatki dlugo martwilam sie, ze ze mna jest cos nie tak. Bo pomimo wsparcia meza i mamy moje macierzynstwo trudno uznac za idealne. Dlatego ciesze sie, ze nie tylko ja tak mam 🙂

    Ellin
    1. A ja doświadczyłam poklepania po ramieniu. I miałam taką śmieszną myśl, że „o nawet Charlize Theron tak miała”. A sam film bardzo ciekawy i uciekający od schematów. Także pomimo wszystko, polecam 😀

      Magda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *