Przedstawiamy Wam kolejną odsłonę najchętniej wybieranych książek. Poprzednie wpisy pod hasłem „Niezawodna 5” możecie znaleźć tu i tu. Tym razem książki pochodzą z biblioteczki Łucji. Nie wspominam tutaj o Puciu, bo pisałam o nim tu i serii o Babo, Lalo i Bincie, choć Łucja wciąż je uwielbia. Wybrałam inne, którymi zachwycamy się każdego dnia. Lusia sięga po nie naprawdę często. Większość to książki całe z kartonu. Enjoy! 🙂

Dear zoo/Kochane zoo, Rod Campbell

Długo polowałam na tę książkę. Niestety nie udało mi się jej dostać w języku polskim. Niedawno udało mi się kupić wersję  angielską. Jest świetna! Kartonowe strony, niezwykle prosta fabuła i forma „lift-the-flap” sprawiają, że to pozycja doskonała na 1-2 -latka. 15 miesięczna Łucja uwielbia powtarzać słowo lew, więc gdy odchyliła kartonik, a pod nim był właśnie lew, była zachwycona. Książka Dear zoo to już „dojrzała pani” 😉 – niedawno skończyła 35 lat. Polecam Wam odwiedzić stronę http://www.dearzooandfriends.com/ i kliknąć w zakładkę Activities. Znajdziecie tam materiały do pobrania, porady dotyczące czytania dziecku i dużo pomysłów na aktywności związane z tą książką.

image001image002image003image004image005image006image007image008image009image010

Baby’s Day

Od wielu miesięcy jest to jedna z ulubionych książek Lusi (co widać na obgryzionych rogach). Przynosi mi ją bardzo często, abym jej poczytała. Przygląda się z uwagą twarzom dzieci, siedzi jak zaczarowana, gdy czytam rymowanki po angielsku i zawsze pyta „Co to?”, gdy widzi nadgryzione rogi. 😉 Walorem tej książki są zdjęcia dzieci różnych narodowości. Naszą kupiłam jako używaną, ale widziałam taką samą w sklepie TK-Max.

image011image012image013image014image015

There was an old lady

Tekst książki to tzw. „nursery rhyme” czyli wierszyk dla dzieci. Wiele w nim czarnego humoru, bo starsza pani połyka po kolei zwierzęta (począwszy od muchy, a skończywszy na koniu). Książka została zainspirowana piosenką z 1952 roku. Wówczas nosiła tytuł „I know an old lady” i była chroniona prawami autorskimi. W 1953 została rozpowszechniona, po tym, jak zaśpiewał ją amerykański aktor i folkowy piosenkarz Burl Ives. Książka z ilustracjami Rose Bone została wydana w 1961 roku i od tamtej pory cieszy dzieci na całym świecie. Jak widać Lusi także się podoba. Na youtube.com znalazłam kilka wersji piosenki, więc oglądając książkę śpiewam tekst. Może dlatego Łucja ją tak polubiła… A może przez wzgląd na ciekawą warstwową budowę? Pewnie to i to! 🙂

image016image017image018image019image020image021image022

Poznaj Pettsona i Findusa, Sven Nordqvist

O tej kartonówce wspominałam już na blogu w tym wpisie. Osobiście jestem zachwycona twórczością Svena Nordqvista, nie sądziłam jednak, że Łucja tak szybko podzieli mój zachwyt. Ilustracje są bardzo szczegółowe i myślałam, że Lusia dopiero za jakiś czas je odkryje. Nic podobnego! Uwielbia wyszukiwać kotka lub kury na obrazkach i słuchać, jak opowiadam jej co jeszcze się ukryło na ilustracji. Oj jak się cieszę! 🙂

image028image029image030image031image032image033

Bardzo długa kolejka. Zwierzęta, Tomoko Ohmura

To książka niekartonowa, w której na każdym obrazku widać mnóstwo zwierząt. Tekstu jest bardzo mało, więc Lusia potrafi skupić się i wytrzymać zanim przewrócimy stronę. Zazwyczaj jednak po prostu wskazuję na zwierzęta i wymieniam ich nazwy. To wystarczy, by zainteresować Łucję.

image034image035image036image037image038image039image040image041image042image043

Gałgankowy skarb, Zbigniew Lengren

Książka ponadczasowa, która doczekała się ponownego wydania po wielu latach. Jak dobrze! Lusia za nią przepada. Nie wiem, czy to bohaterski piesek to sprawia czy Kasia beksa, a może kolorowe obrazki… W każdym razie czytamy Gałgankowy skarb kilka razy dziennie. (Znam już prawie tekst na pamięć…). Książka ma piękną historię. Przeczytajcie koniecznie kilka słów poniżej.

Ze strony wydawnictwa Babaryba:

„Mój ojciec napisał «Gałgankowy skarb» dla mnie. Nie umiałam jeszcze czytać więc uznał, że wiersz będzie w sam raz – nauczę się go na pamięć i nie będzie musiał w kółko zajmować się czytaniem, bo sama sobie wyrecytuję, oglądając ilustracje na których narysował mamę, mojego brata, babcię, kota, psa i w dodatku mnie samą w takiej zabawnej fryzurze, fartuszku i skarpetkach, jakie wówczas nosiłam. Jak zwykle ta praca w założeniu podjęta z lenistwa (przypominam – nie chciał mi czytać!) przyniosła jak najlepsze rezultaty.” /Katarzyna Lengren

Książeczka doczekała się kilku wysokonakładowych wydań, na podstawie tej bajki powstał film krótkometrażowy pt. Murzynek (reż. Jadwiga Kędzierzawska, scenariusz i scenografia Zbigniew Lengren), który w 1960 roku dostał nagrodę na festiwalu filmów w Wenecji(Brązowy Lew św. Marka).

Gałgankowy skarb to książka bardzo rodzinna. Historię zgubionej w ogrodzie lalki, którą znalazł pies, opowiadała moja mama. Jej opowiadania pełne były epizodów związanych ze zwierzętami, dziećmi i dużą rodziną, która potrafiła biec na ratunek wszystkim, którzy tej pomocy potrzebowali. Lalka, ukochany „murzynek”, nie była wcale od początku czarna – stała się taka na skutek intensywnej miłości pięciorga dzieci. Najpierw starto jej nos, potem scałowano policzki, jaśniejsze miejsca pociemniały od kąpieli i mniej lub bardziej przypadkowych, jagodowych maseczek. Mimo braku urody „murzynek” był jednak serdecznie kochany, a jego strata była prawdziwą tragedią. Za to pies w rzeczywistości był rasową suczką foxterierką o przedwojennym imieniu Fifka, która miała szczególny dar odnajdywania zagubionych przedmiotów. Mniej ufni w jej dobry charakter twierdzili, że najpierw sama wynosiła różne przedmioty, żeby potem w glorii i chwale przynieść je z powrotem, oczywiście dopiero wtedy kiedy już stracono nadzieję na odzyskanie zguby. Jak z tym odnajdywaniem było naprawdę, tego do końca nikt nie wie, bo przecież pies jak chce, umie być dyskretny. Ta ciepła historia, która wydarzyła się w ogrodzie, którego już dawno nie ma, napisana dla małych dzieci, które szybko rosną, ciągle może być czytana choćby dlatego, że się naprawdę bardzo dobrze kończy.

IMG_0405IMG_0406image005image006image009image011image012image013image008image007

A co to?, Hector Dexet

Książka jest z nami od wielu miesięcy i doczekała się ponownego odkrycia. Tym razem najbardziej cieszą Łucję dwie strony – na jednej jest lew, a na drugiej lew zamienia się w kotka. Pisałam o niej tutaj, więc zajrzyjcie, jeśli Was zainteresowała.

image002image003image004

Martyna

***

 

Jeśli spodobał ci się ten wpis, proszę, podziel się nim ze znajomymi, korzystając z poniższych przycisków i polub naszą stronę na facebooku, żeby być na bieżąco (klik).

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij "Lubię to" lub udostępnij go swoim znajomym! Dla Ciebie to chwila, a dla nas olbrzymia satysfakcja nakręcająca do działania! 🙂
0

0 komentarzy

    1. W „Dear zoo” to odchylane okienka u nas robią robotę 😉 Dexeta też lubimy, choć już mniej niż kilka miesięcy temu. Wtedy Lusia uwielbiała „Oto jest ogród”. Chętnie zajrzę na Twojego bloga. Jestem ciekawa o jakich książkach piszesz. Pozdrawiam!

      Martyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *